Witam po krótkiej przerwie spowodowanej lenistwem 
Co się u mnie działo…? Już śpieszę z krótkim podsumowaniem końca zimy i początku wiosny.
Po pracowitym styczniu przyszedł luty, który zupełnie rozjechał mi się, jeśli chodzi o treningi. Najpierw po raz drugi w tym roku dopadło mnie przeziębienie, potem na kilka dni pojechałem do Krakowa (wziąłem nawet buty do biegania, ale Kraków okazał się zbyt rozrywkowym miastem i nie starczyło mi sił na bieganie), a później nie mogłem jakoś się pozbierać i wskoczyć na odpowiednie obroty. W związku z powyższym luty spisałem na straty i potraktowałem jako miesiąc regeneracyjny, w którym to na treningach spędziłem w sumie tylko niecałe 12,5 godziny

Wypoczęty i z mocnym postanowieniem poprawy przywitałem marzec. Na początku nie mogłem jeszcze coś ogarnąć roweru, bo po zimie spędzonej na rowerze stacjonarnym na siłowni miałem już serdecznie dosyć tego przybytku, a z drugiej strony było jeszcze za zimno i za mokro na jeżdżenie na dworze. W końcu jednak przyszły cieplejsze dni i nieśmiało zacząłem wypuszczać się na coraz to dłuższe treningi na moim lśniącym jeszcze rowerze. Jak można się było spodziewać początki nie były wcale łatwe. Jazda na szosie okazała się czymś zupełnie innym od jazdy na rowerze stacjonarnym, o czym najdotkliwiej przekonały się moje mięsnie czworogłowe ud. Pedały z wpinanymi butami (SPD-SL) okazały się natomiast nie takie straszne jakimi je malują – jak na razie glebę zaliczyłem tylko raz – całe szczęście przy minimalnej prędkości
Innym ciekawym i zupełnie dla mnie nowym doświadczeniem okazały się zakładki rowerowo-biegowe. Byłem delikatnie mówiąc zdziwiony, że po zejściu z roweru nie jestem w stanie… biegnąć i przez kilka pierwszych kilometrów muszę się zatrzymywać co kilkaset metrów, bo nogi najzwyczajniej w świecie odmawiają posłuszeństwa. Po paru kilometrach wszystko wraca do normy, ale już wiem, dlaczego tak ważne jest, nauczenie mięsni nóg szybkiego przestawiania się z pedałowania na bieganie i na pewno nie będę zaniedbywał tych jednostek treningowych.
Podsumowując, marzec mogę uznać za udany miesiąc w którym na treningi poświęciłem w sumie 28 godzin i 36 minut. W tym 14h:23min na rower (stacjonarny + szosa), 9h:22m na bieganie, 4h na pływanie (stanowczo za mało) i 50min na ćwiczenia wzmacniające.

PS. Niedzielne długie wybiegania musiałem przenieść na czwartki, bo okazało się, że zakładki rowerowo-biegowe są dłuższe.
Dodaj do ulubionych:
Bądź pierwszą osobą, która doda ten wpis do listy ulubionych.